Będzie krótko i subiektywnie, "kartka wyrwana z pamiętnika" - to tak tytułem wstępu.
Pod koniec września coś nas tchnęło i postanowiliśmy wybrać się do Pilzna. Po 5,5 godzinnej jeździe w strugach deszczu (pokonywaliśmy trasę samochodem z Gunzburga) dotarliśmy na miejsce.
Chociaż pogoda nam nie dopisywała, spędziliśmy weekend wspaniale. Zarezerwowaliśmy pokój w hotelu Astory **** nieopodal rynku. Dostaliśmy 50m2 pokój. Szok! :) Był olbrzymi – wszystko elegancko, ogromne łóżko, lodówka, szafa, sejf i fajna łazienka.Załączam kilka zdjęć i szczerze polecam to miejsce. Warunki mieszkaniowe zaakceptowane, więc ruszamy w miasto.
Nie tracąc humorów, zaopatrzeni w nasze nowe, lidlowe, nieprzemakalne (to się miało dopiero okazać) kurtki zaczęliśmy zwiedzanie miasta, które w 2015 rok wkracza jako Europejska Stolica Kultury. No cóż… Trochę im daleko do tej „kultury”. :) Całe centrum jest permanentnie rozkopane. Wszędzie są rozpoczęte roboty (rozpoczęte to dobre słowo, bo wszystko wyglada jakby ktoś przyszedł pokopał, pokopał, zrobił bałagan i poszedł – muszą się spieszyć bo 2015 już tuż, tuż…). Dookoła rynku puszczony jest tor tramwajowy, ciekawostka jest taka, że po tym jednym torze tramwaje kursują wahadłowo.
Punktem centralnym rynku jest kościół św. Bartłomieja z przykatedralną wieżą (i tu również ciekawostka, wieża ma 103 m, a w przewodnikach i informatorach promujących Pilzno jako ESK jest informacja, ze ma ponad 1030m (!). Nasi sąsiedzi oczywiście machnęli się z przecinkiem:) ). W sobotę, jak to my, postanowiliśmy wdrapać się na szczyt i zobaczyć panoramę miasta. W połowie drogi naprawdę byłam w stanie uwierzyć, ze ta wieża ma ponad kilometr. Niestety to wina mojej słabej kondycji…
Spragnieni czeskich specjałów, ciągle mieliśmy oczy szeroko otwarte w poszukiwaniu iście czeskiej knajpy. I powiem szczerze, ze jej znalezienie było trudnym zadaniem! Dookoła kebaby, włoskie, hiszpańskie, meksykańskie, indyjskie knajpy. Dużo przeróżnych barów szybkiej obsługi, ale żaden z nich nie miał nic wspólnego z czeska kuchnią… Po dłuższych poszukiwaniach, odpaleniu Internetu w telefonie, trafiliśmy do jakiegoś muzeum (chyba nawet browarnictwa, ale bardziej niż zwiedzaniem zainteresowani byliśmy jedzeniem:) ). Zachodząc od tyłu, przez jakieś ogródki etc. w końcu trafiliśmy do miejsca, które skradło nasze serca, a już na pewno żołądki - Muzeum Senk Na Parkanu Pub. Wieczór spędziliśmy na zajadaniu utopenców, smażonego syra i knedlików. Pycha! Do tego oczywiście Pilnser.:)
A jeśli o nim mowa, to oczywiście - bo jesteśmy ogromnymi fanami piwa!- udaliśmy się na zwiedzanie browaru. Fabryka (bo mam tu na myśli już proces butelkowania, pakowanie etc.) w ogromnej mierze zautomatyzowana, wszędzie czyściutko, pani przewodnik bardzo miła. Zostaliśmy oprowadzeni również po piwnicach (ciągną się kilometrami), gdzie zostaliśmy poczęstowani piwem prosto z beczki. Oczywiście zaserwowane było w temperaturze niedegustacyjnej, ale sobie poradziliśmy i z ogrzaniem trunku i z wypiciem. Na zakończenie wycieczki udaliśmy się do sklepu z pamiątkami, gdzie nabyliśmy drogą kupna kufel i kielich.
Wizyta w Pilźnie była krótka, jednak na pewno tu jeszcze wrócimy chociażby z ciekawości czy wyrobili sie z remontami :)
Pozdrawiam, Olga
Ps.: Kurtki są kapitalne! Zdecydowanie wodoodporne. Moja ma jeszcze dodatkową funkcję. Pozwala Mężowi na łatwe odnalezienie mnie w tłumie, bo jest wściekle różowa (oczywiście Mąż wybierał kolor). :) Także kurtki z outdoorowe z Lidla też polecam.
Będzie krótko i subiektywnie, "kartka wyrwana z pamiętnika" - to tak tytułem wstępu.
Pod koniec września coś nas tchnęło i postanowiliśmy wybrać się do Pilzna. Po 5,5 godzinnej jeździe w strugach deszczu (pokonywaliśmy trasę samochodem z Gunzburga) dotarliśmy na miejsce.
Chociaż pogoda nam nie dopisywała, spędziliśmy weekend wspaniale. Zarezerwowaliśmy pokój w hotelu Astory **** nieopodal rynku. Dostaliśmy 50m2 pokój. Szok! :) Był olbrzymi – wszystko elegancko, ogromne łóżko, lodówka, szafa, sejf i fajna łazienka.Załączam kilka zdjęć i szczerze polecam to miejsce. Warunki mieszkaniowe zaakceptowane, więc ruszamy w miasto.
Nie tracąc humorów, zaopatrzeni w nasze nowe, lidlowe, nieprzemakalne (to się miało dopiero okazać) kurtki zaczęliśmy zwiedzanie miasta, które w 2015 rok wkracza jako Europejska Stolica Kultury. No cóż… Trochę im daleko do tej „kultury”. :) Całe centrum jest permanentnie rozkopane. Wszędzie są rozpoczęte roboty (rozpoczęte to dobre słowo, bo wszystko wyglada jakby ktoś przyszedł pokopał, pokopał, zrobił bałagan i poszedł – muszą się spieszyć bo 2015 już tuż, tuż…). Dookoła rynku puszczony jest tor tramwajowy, ciekawostka jest taka, że po tym jednym torze tramwaje kursują wahadłowo.
Punktem centralnym rynku jest kościół św. Bartłomieja z przykatedralną wieżą (i tu również ciekawostka, wieża ma 103 m, a w przewodnikach i informatorach promujących Pilzno jako ESK jest informacja, ze ma ponad 1030m (!). Nasi sąsiedzi oczywiście machnęli się z przecinkiem:) ). W sobotę, jak to my, postanowiliśmy wdrapać się na szczyt i zobaczyć panoramę miasta. W połowie drogi naprawdę byłam w stanie uwierzyć, ze ta wieża ma ponad kilometr. Niestety to wina mojej słabej kondycji…
Spragnieni czeskich specjałów, ciągle mieliśmy oczy szeroko otwarte w poszukiwaniu iście czeskiej knajpy. I powiem szczerze, ze jej znalezienie było trudnym zadaniem! Dookoła kebaby, włoskie, hiszpańskie, meksykańskie, indyjskie knajpy. Dużo przeróżnych barów szybkiej obsługi, ale żaden z nich nie miał nic wspólnego z czeska kuchnią… Po dłuższych poszukiwaniach, odpaleniu Internetu w telefonie, trafiliśmy do jakiegoś muzeum (chyba nawet browarnictwa, ale bardziej niż zwiedzaniem zainteresowani byliśmy jedzeniem:) ). Zachodząc od tyłu, przez jakieś ogródki etc. w końcu trafiliśmy do miejsca, które skradło nasze serca, a już na pewno żołądki - Muzeum Senk Na Parkanu Pub. Wieczór spędziliśmy na zajadaniu utopenców, smażonego syra i knedlików. Pycha! Do tego oczywiście Pilnser.:)
A jeśli o nim mowa, to oczywiście - bo jesteśmy ogromnymi fanami piwa!- udaliśmy się na zwiedzanie browaru. Fabryka (bo mam tu na myśli już proces butelkowania, pakowanie etc.) w ogromnej mierze zautomatyzowana, wszędzie czyściutko, pani przewodnik bardzo miła. Zostaliśmy oprowadzeni również po piwnicach (ciągną się kilometrami), gdzie zostaliśmy poczęstowani piwem prosto z beczki. Oczywiście zaserwowane było w temperaturze niedegustacyjnej, ale sobie poradziliśmy i z ogrzaniem trunku i z wypiciem. Na zakończenie wycieczki udaliśmy się do sklepu z pamiątkami, gdzie nabyliśmy drogą kupna kufel i kielich.
Wizyta w Pilźnie była krótka, jednak na pewno tu jeszcze wrócimy chociażby z ciekawości czy wyrobili sie z remontami :)
Pozdrawiam,
Olga
Ps.: Kurtki są kapitalne! Zdecydowanie wodoodporne. Moja ma jeszcze dodatkową funkcję. Pozwala Mężowi na łatwe odnalezienie mnie w tłumie, bo jest wściekle różowa (oczywiście Mąż wybierał kolor). :)
Także kurtki z outdoorowe z Lidla też polecam.